G-book


Link 17.07.2008 :: 12:33 Komentuj (1)
Nie wiem co jest grane. Źle się czuję... Znowu wszystko zaczęło kręcić się wokół mojej diety. Mam wyrzuty sumienia z powodu tego co jadłam dwa dni temu, najśmieszniejsze jest to, że wcale tak dużo nie zjadłam. Widocznie więcej niż trzy posiłki dziennie to za dużo jak na moją psychikę.
Mój chłopak zaprosił mnie na jutro do restauracji. Ciekawe, czy będę potrafiła się tym cieszyć i zamówię to, na co faktycznie będę miała ochotę, czy niskokaloryczną sałatkę. Tylko co tak naprawdę pozwoli mi się cieszyć...?

Nie rozumiem tego.


Link 16.07.2008 :: 19:48 Komentuj (1)
No i staram się robić mniej więcej to, co zamierzałam. Spożytkować całą swoją energię w inny sposób niż wyżywając się na innych, czego następstwem ma być poprawienie moich stosunków z rodziną.
Spacery aż do odpadnięcia nóg, muzyka, odzwyczajanie od bluzgów i napastliwego tonu, jogurty i wafle ryżowe z dżemem mają mi pomóc w drodze do szczęścia ^^

Jestem nienormalna.


Link 16.07.2008 :: 12:39 Komentuj (0)
Hrrr...
No tak, nie wiem właściwie co napisać, ale coś tam trzeba.
Aleeeż mnie nosi ostatnio. Właściwie teraz zaczęłam zamieniać to w jakieś pożyteczne czyny, mam nadzieję, że tak mi zostanie, bo do stanu z ostatnich kilku dni wracać nie chcę, o niee. Rozsadzająca ochota na rozpierdolenie czegoś, ahahaaa... Mam coraz słabszą psychę żeby znieść to, co sama sobie narzuciłam, w tym przypadku 5 kilo. A mnie szlag trafia, że nie mogę cieszyć się życiem żrąc wszystko co mi się nawinie. Fuck... Chociaż.. Powiedzmy sobie szczerze, gdybym teraz z tym skończyła i wróciła do dawnych nawyków - czy cieszyłabym się życiem? Nie. Każde spojrzenie w lustro znów przepełniałoby mnie obrzydzeniem i złością, potworną złością na samą siebie. A tak? Może cały czas nie jestem zadowolona z tego jak wyglądam, ale wyglądam LEPIEJ i WRESZCIE nie mam sobie NIC do zarzucenia. Nie mogę wściec się na siebie, że o to znowu spierdoliłam sprawę, że nic nie robię ze swoim życiem, ze sobą, żeby się zmienić.
A zatem.. Odrzucam to zabójcze (tak, to właśnie chciałam napisać - zabójcze!) myślenie, że szczęście tkwi w tym, czego mi obecnie nie wolno.
Czuję się wolna.
Jest pięknie.



"This isn't me I'm not mechanical
I'm just a boy
Playing the suicide king..."


Link 07.07.2008 :: 18:13 Komentuj (0)
Tak. Ambitnie postanowiłam znów zacząć wszystko od początku. Znaczy się pisać...
Po długim czasie poświęcania tego bloga nieprzemyślanym, arcylakonicznym wpisom po raz kolejny rozczarowanej czymś frustratki, mam zamiar wysilić się trochę bardziej. Sama nie wiem czemu. Może to jakiś wewnętrzny głos wywołał u mnie potrzebę ćwiczenia swych umiejętności piśmienniczych, a może jakąś inną, tak czy siak... Czuję, że wybuchnę, jeśli zaraz nie napiszę czegoś długiego. Tylko o czym?
W końcu sama już nie wiem jak to ze mną jest. Przecież do swoich niezliczonych pamiętników i blogów wracałam jak ta córa marnotrawna gdy coś zaczynało się walić, a ja w całej swojej bezradności nie miałam do kogo się z tym zwrócić. Taaa... A teraz, ot, po prostu mam potrzebę ponawijać tak jakby sama do siebie. Chyba nie najgorszy znak.
Wszystko jest jako tako git. Tyle, że postanowiłam popracować nad swoim wyglądem zewnętrznym, co prawdę mówiąc doprowadza mnie już do szału, kurwicy i jakby tego jeszcze inaczej nie nazwać. Chcę być, kurwa, chuda. Nie wychodzi. 3 kilo to jak na razie wszystko na co mnie stać, albo waga mi się zacięła i ciągle pokazuje to samo. Dieta to też jedno wielkie gówno, według jednej książki jem 500 kcal dziennie, według innych 1500 i weź tu bądź mądry. I oczywiście czego nie zjesz to ma ich w chuj. Echh, nie piszę o tym, bo mam wrażenie, że nigdy nie schudnę tyle, ile chcę, a jak o tym myślę, to mam ochotę coś rozpierdolić. O.
Poza tym często myślę, jak zareagowałabym jakiś rok temu, gdyby ktoś mi powiedział, jak za rok będzie wyglądało moje życie. Czy wyziałabym tego ktosia prosto w twarz, gdyby mi powiedział, że będę miała faceta i to tego, który jest moim facetem? Heheh, no niezły szoczek byłby... A tu proszę, razem pół roku i jest...dobrze. Jest spokojnie. Wiem, że jestem oszczędna w epitetach i wiem też, że nie muszę, bo prawda jest taka, że niczego więcej nie potrzebuję ani nie wymagam. Ale boję się, że jestem idiotką, która oszalałaby ze szczęścia dopiero gdyby na godzinę wpadł do niej on, jej facet, który generalnie przewala ją na każdej imprezie i stara się raczej nie zawracać nią sobie dupy. A więc nie, takiego wała, bo jestem szczęśliwa teraz już. I mam wyjebane na wszystkich innych.
Taaa... Wakacjuję, czyt.: śpię i jem na przemian. Wczoraj pierwszy raz moja skóra zmieniła swój ton na odrobinę ciemniejszy po jakiejś 1,5 h na słońcu. W sumie to wszystko mi jedno. Przynajmniej nie mam tego nieustannego, nieznośnego uczucia jakie towarzyszy zalegającym w głowie myślom w rodzaju "Muszę..." i "Zostało mi jeszcze do zrobienia...". A właśnie, że nic mi nie zostało. Po roku harówy miałam świadectwo z biało-czerwonym paskiem i w ogóle wszystko było ą-ę. Moi kochani rodzice dostali list gratulacyjny za bycie takimi cudownymi wzorami do naśladowania itesre. Dostałam się do tej szkoły, do której chciałam się dostać, noo i wymiatam. Będzie faaajnie : )
W ogóle dużo dobrego odjebałam i jestem z siebie dumna. I tym optymistycznym akcentem zakończę moje zwierzenia.

Bless.


Layout by Zjfk
For Layout4you